caminando

ostatnie dni na wyspie utwierdziły mnie w przekonaniu, że oczekiwanie na dzień, w którym zachce mi się ją opuścić może okazać się próżne. ostatnie dwa nurkowania – magiczne. pomiędzy nimi spotykamy delfiny. kapitan podrzuca nas do nich, wskakujemy do wody i snorklujemy. delfiny krążą wokół nas, wyskakują i trudno oprzeć się wrażeniu, że się śmieją. ostatnia wyprawa po wyspie: odnajdujemy w buszu wrak kolumbijskiego samolotu, (na którego zgliszczach znaleziono podobno zatrważające ilości kokainy). odwiedzamy jaskinie, do której trudno się przecisnąć, ale po kilkunastu minutach czołgania się po błocie (albo jak twierdzą niektórzy – odchodach nietoperzy) – nagroda: basen zimnej wody. ostatni zachód słońca, ostatnia salva vida, ostatnie śniadanie na werandzie i do widzenia Utilo, będę już zawsze za tobą tęsknić.

wracam niespiesznie do moich jeszcze nie zamkniętych spraw w Chichi. a w głowie coraz bardziej niepokojące: co dalej?

tres semanas en Utila

Utila to wyspa-pułapka. przypływa się tu na kilka dni i nagle okazuje się, że mijają tygodnie. promy uciekają, tym którzy próbują wyrwać się z jej szponów. niektórzy chcą zrobić kurs open-water diver, a kończą jako dive masterzy. codziennie świadkuję Słońca wschodom i zachodom, a jednak przysięgam, że czas biegnie tu jakoś szybciej. oto mijają 3 tygodnie odkąd dobiłam na wyspę. i nadal myśl o jej opuszczeniu jest brutalna.

po pierwsze nurkowanie. okoliczne rafy nie są podobno tak bogate w podwodne życie, jak inne. ale są malownicze. nurkujemy dość płytko pomiędzy rafami, aż dopływamy do ogromnych urwisk, przepięknych ścian, za którymi jest już tylko wielki błękit. powolne spadanie na 30 m w głąb i tylko oddech. labirynty, jaskinie, skały. a kiedy wydaje się, że już nic nie zaskoczy nagle pojawia się ogromny żółw, który przepływa sobie leniwie. albo wielkie eagle-ray, najczęściej w parach, majestatycznie jakby latające w podwodnej przestrzeni. malutki, śliczny i jakby nieśmiały konik morski. wielkie homary. trunk fish – ryba, która ma tak dziwne ubarwienie i kształt, że trudno uwierzyć w jej istnienie. długo by wymieniać. czuję się uzależniona od nurkowania.

wyspa należy do Hondurasu uważanego za najbardziej niebezpieczny kraj Ameryki Środkowej. ale tu jest państwo w państwie. turystyka sprawia, że Utila dobrze prosperuje. ludzie żyją na przyzwoitym poziomie. jednocześnie przemysł turystyczny nie jest na tyle duży, żeby odebrać wyspie dzikość i jej rybacko-karaibski klimat. ceny są wyższe w porównaniu z lądem, ale niskie w stosunku do okupowanej przez bogatych Amerykanów sąsiedniej wyspy Roatan. lokalesi mówią równie często po hiszpańsku co po angielsku. na ulicy, w sklepie trudno uniknąć radosnych konwersacji. są wyjątkowo temperamentni. każda sprzeczka to wrzaski i urągania, z których trudno nie podśmiechiwać się pod nosem. w upalne popołudnia lubują się w rozgrywkach domina na ulicach. chyba najbardziej bawi ich samo trzaskanie kostkami o stół. czuję się tu bezpiecznie i swojsko.

podróżując nie zdarza mi się czuć samotną. na każdym kroku poznaję ludzi. tyle, że wszyscy posługujemy się tym samym lodołamaczem – skąd jesteś, jak długo podróżujesz, gdzie byłeś… setki znajomości, które zaczynają i kończą się na tej konwersacji. można się zmęczyć. na Utili ludzie zostają. i trudno się z nimi rozstać.

a ponieważ jest połowa lutego i wiem, że polskiemu czytelnikowi może sprawić trudność przełknięcie relacji z tropików, dodam na osłodę, że wyspę zamieszkują też tarantule, dwa gatunki wężów i złośliwe, choć niezbyt liczne komary i tropikalne meszki (sandflies). a słońce pali nieznośnie.

 

night dive

na kurs PADI Open-Water Advanced diver składa się seria przygód nurkowych. między innymi eksploracja zatopionego na 30 m głębokości wraku statku i ćwiczenia podwodnej lewitacji. jako ostatnią z prób wybrałam nocne nurkowanie. intrygujące.

wypływamy przy spektakularnym zachodzie słońca. na pokładzie zgrana ekipa, niejedno
wspólne nurkowanie za nami. radośnie celebrujemy piękne okoliczności i ekscytację przed zejściem pod coraz ciemniejszą taflę wody.

5 point check i schodzimy. dziwne uczucie, na początku trochę niepokojące. wszechogarniająca ciemność chwilami wpędza w niepewność gdzie jest góra a gdzie dół. wokół rafy, wypełza coraz więcej stworzeń, które w ciągu dnia śpią w swoich norkach. a wszystko to widoczne tylko kiedy oświetlam ten skrawek życia latarką. świecące na pomarańczowo oczy krewetek i langust i dziwne buczenie krabów. wokół tyle się dzieje, że trudno uwierzyć. spotykamy zielonooką ośmiornicę, homary i dziesiątki dziwacznych ryb. instruktor uczy nas karmić koral – łączymy blisko siebie światła latarek produkując ciepło, które wabi malutkie stworzenia będące kolacją dla koralu.

trzymając się nawzajem gasimy latarki. wokół totalna ciemność, która po chwili rozbłyska tysiącami światełek. poruszam rękami, a wtedy rozbłyska ich jeszcze więcej tuż przede mną. to plankton. lewituję w głębiach pomiędzy zapalającymi się i gasnącymi światełkami. cisza. to jak latanie między spadającymi gwiazdami. jak narkotyczna wizja. ale to dużo lepsze bo dzieje się naprawdę.

40 minut pod wodą to jak 10 minut na powierzchni. chciałoby się zostać w tym świecie, dziwić się i cieszyć nim bez końca. wynurzamy się, napełniamy powietrzem kamizelki i krzyczymy z radości. magnifique, maravilloso, that was aaaaaaawesome! i jeszcze chwila dryfowania na powierzchni wody cieplejszej niż powietrze i gapienia się w gwiazdy.

na lądzie oglądamy zdjęcia, wyszukujemy nazw stworzeń, które spotkaliśmy i oblewamy – oto zdobyłam certyfikat zaawansowanego nurka.

Zorro

4:00 budzik. zakładam po raz pierwszy od niepamiętnych czasów bluzkę z długim rękawem. szybkie ogarnięcie się i ruszam wzdłuż wyspy na umówione miejsce.

4:45 jest. jedyne 15 minut spóźnienia. Zorro. wypływamy na rybobranie. zza chmur przyświeca księżyc w pełni.

przed 6 zachwycam się zachodem księżyca i wschodem słońca. głodne po nocnym letargu tuńczyki wyskakują z wody jak oszalałe. dla Zorra – dzień jak co dzień. zarzuca długie żyłki z kilkoma wabikami na całej długości i płyniemy. wokół nas duża konkurencja. Zorro nie przepada za swoimi kolegami po fachu, cedzi co chwilę przez zęby those motherfuckers (bo mówi po swoim specyficznym tutejszym angielsku). dla ukojenia nerwów pali skręta. połowy idą dobrze, za jednym zamachem wyciąga po trzy potężne tuńczyki. próbuję złapać jedną z żyłek, za którą coś ewidentnie się złapało, ale natychmiast przecinam sobie dłoń. Zorro mnie przeklina, wyrywa mi żyłkę i wyciąga trzy kolejne tuńczyki gołymi rękami.

chwilę później sytuacja się uspokaja – ryby zaspokoiły pierwszy głód i żadna ze sztuczek Zorra nie przynosi efektu. pali czwartego już skręta i dzieli się kilkoma refleksjami na temat rybobrania i życia. że w rybobraniu to tak jak w życiu.

10:00 jesteśmy z powrotem. Zorro wprawnymi ruchami skalpuje i filetuje tuńczyki. rzuca jeszcze kilka obelg na dzisiejsze marne połowy i obdarowuje ich częścią. kolacja będzie wyborna.

Utila

jest 3 luty, słoneczny dzień, około 27 stopni, wokół mnie palmy, bananowce, no i morze karaibskie. zamieszkałam na czas jakiś na wyspie Utila. lubię przypominać sobie te proste fakty. myślę, że trudno czuć się lepiej.

życie przypomina tu trochę akademik – spartańskie warunki (z licznymi karaluchami), w każdym kącie ktoś się uczy do kolejnych egzaminów, wieczorem rozmowy o nurkowaniu przy zimnym piwie Salva vida (koło ratunkowe).

jestem tu bardzo zajęta nurkowaniem. obłędnym nurkowaniem. ściany koralowe, ogromne urwiska z wszechogarniającym błękitem, ryby tak wymyślne i dziwaczne, że trudno oprzeć się przekonaniu, że to inny świat. lepszy świat, bo cichy, kolorowy, a ja mogę sobie w nim lewitować. dzisiaj leżałam na 30 m dnie i nie mogłam nadziwić się patrząc w górę. w snach dalej lewituję pomiędzy rafami.

Pozdrowienia z honduraskiej wyspy Utila!

tierra de Mayas, café, cacao y cardamomo

jakieś 15 minut po wertepach od granicy gwatemalskiej, znajduje się Copán. małe kolonialne miasteczko z ogromnym urokiem. znane przede wszystkim z ruin świątyń Majów. mnie też właśnie one przyciągnęły, w związku z czym kieruję się tam niezwłocznie. tym razem nie decyduję się na przewodnika. trochę z oszczędności, a trochę dlatego, że miałam ochotę poczuć to miejsce i jego energię. a racjonalne i wnikliwe podejście do zwiedzania potrafi odrzeć z magii.

 

 

 

jedną z nielicznych ciekawostek, które przyswoiłam to ta, że na tym oto kamieniu dokonywano ceremonialnego zabicia członków przegranej drużyny gry w piłkę nożną. bo to Majowie wymyślili grę w piłkę nożną. chociaż zasady były inne niż w tej współczesnej.

w Copán Majowie pięknie rzeźbili, albo może udało się zachować wjątkowo dużo rzeźb. w każdym razie to niesamowite. na drzewach mnóstwo kolorowych papug, a po trawnikach biegają przerośnięte świnki morskie. oraz upał nie z tej ziemi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

drugi dzień spędzam w raju. na farmie Carlosa. nie jestem entuzjastką zorganizowanych tour’ów, ale ten jest inny. brakuje mi słów, żeby opowiedzieć jak nieziemskie to było przeżycie, a właściwie cała ich seria.

droga na pace pick-upa, chwilami trochę jak zjeżdżanie z górki na rowerze kiedy miałam 7 lat.

dom rodzinny, a w nim fotografie rodzinne. takie to podobne, a takie inne.

przejażdżka konna w stylu kowbojskim po plantacjach kawy i beztroskie galopy po lokalnych drogach przecinanych strumykami!

 

 

 

 

z przerwami po drodze na degustację dziwnych owoców, takich jak starfruit czyli gwiazdkowy owoc. oraz ugaszenie pragnienia mlekiem kokosowym.

 

 

 

 

orgia smaków, zapachów. zdecydowanie najlepszy obiad w Ameryce Środkowej (m.in. agawa, doskonale przygotowana wołowina). przeżuwanie ziarenek kawy, kakaowca i wreszcie kardamonu (!!!)

 

 

 

 

 

(po lewej kwiat, a po prawej owoc kakaowca, poniżej otwarty owoc, ziarna i otwarte ziarno kakaowca. z tego ciemnego robi się czekoladę. na samym dole Carlos i kardamon)

niesamowite opowieści o życiu plantatora, o hodowli kawy, kakaa, bananów, awokado, pasiflory, fasoli, kukurydzy, mango i wielu wielu innych. i o jaguarach.

 

 

 

 

 


 

 

a na koniec dnia kąpiel przy świecach w gorących źródłach. gdzieś w dżungli. spomiędzy gęstego sufitu liści gdzieniegdzie prześwitują gwiazdy. tylko zapach nienajświeższego jajka przypomina, że to jeszcze nie idealne życie.

bienvenida a Honduras!

na granicę gwatemalsko-honduraską dojeżdżamy około 20. po siedmiu godzinach z kolanami założonymi niemalże na głowę i tłuczenia się w upale po nieasfaltowej drodze  – mam dosyć. zastanawiam się czy ja naprawdę lubię podróżować.

w okienku gwatemalskim uiszczam opłatę nie-wiadomo-za-co 10 QTZ (4 PLN). w okienku honduraskim 60 HNL (10 PLN). Kanadyjczyk przede mną podaje dwa banknoty 50 i 20. nie otrzymuje reszty. zakapiorska bandycka gęba celnika wskazuje, że mam podać paszport. podaję. płacę w walucie gwatemalskiej. z drobnych udaje mi się zebrać 24,60 a powinno być 25. patrzę na niego z głupawym uśmieszkiem, a on mówi está bien (OK). zachęcona sukcesem w przypływie odwagi informuję celnika, który z powodzeniem mógłby wziąć udział w castingu na latynoskiego seryjnego zabójcę, że jeszcze reszta dla tego pana. odpowiada mrukowato, że nie ma drobnych. po czym zaczyna szukać. znajduje i oddaje. mała batalia o uczciwość wygrana.

starszawy Kanadyjczyk wzruszony moją postawą obywatelską częstuje mnie łykiem tequili. bienvenida a Honduras!