lo nuevo

Ameryka Środkowa zmieniła mnie i zainspirowała. o tym jak i gdzie mnie niesie piszę teraz tu http://monikawie.wordpress.com

 

saludos!

Reklamy

la despedida

9 miesięcy kalendarza gregoriańskiego to rok według kalendarza Majów. dla jednych rok, dla innych 9 miesięcy minęło odkąd jestem w Ameryce Środkowej. dla mnie to czas do domu.

mieszkańcy Chichicastenango zdążyli przyzwyczaić się do tego, że pojawiam się i znikam. dlatego kiedy mówię, że w poniedziałek lecę do Polski, pytają kiedy wracam. to pożegnania szczególnie trudne, gdy nie wiem czy kiedykolwiek znowu się zobaczymy.

trudno nazwać uczucie, które towarzyszy mi opuszczając to miejsce, bo składają się na nie sprzeczne emocje: satysfakcja i rozczarowanie, przywiązanie i obrzydzenie, radość i smutek, nadzieja i gorycz. a w maratonie mniej i bardziej oficjalnych i wzruszających pożegnań koncentruję się już myślami na tym, co lubię zdecydowanie bardziej: powitaniach.

to budujące odbierać wdzięczność i pokłady życzliwości. czuję się tym ogromnie zasilona. postaram się obdarzyć częścią tej energii tych, którym sama jestem wdzięczna. spośród długiej listy zasłużonych chciałabym wyróżnić:

moich rodziców, którym zaserwowałam trudną próbę nerwów moim wyjazdem. jak zawsze byli dla mnie największym wsparciem.

Anetę ze Stowarzyszenia Jeden Świat – to ona wysłała mnie w tą podróż, obdarzając zaufaniem na kredyt i wsparciem na każdym jej etapie.

zespół kreatywny z agencji reklamowej Just – moi drodzy koledzy pro bono przygotowywali dla spółdzielni projekty graficzne materiałów reklamowych. profesjonalni, cierpliwi i zaangażowani.

osoby, które zdecydowały się wspierać finansowo Juana i Manuela. razem zmieniliśmy losy tych chłopców.

wszystkich tych, którzy wsparli mój projekt finansowo podczas imprezy pożegnalnej. pieniądze te przeznaczyłam na wyprawki do szkoły dla dzieci kobiet ze spółdzielni, na zakup nici i druk ulotek.

i wszystkim tym, którzy wierzyli, popierali, dodawali otuchy

GRACIAS!

trudno zdobyć mi się na podsumowania. zamiast tego, ponieważ inspiruje mnie ostatnio lektura The Country Under My Skin: A Memoir of Love and War, ostatni głos z Ameryki Środkowej oddaję Giocondzie Belli.

dare to change the world. there is nothing quixotic or romantic in wanting to change the world. it is possible. it is the age-old vocation of all humanity. I can’t think of a better life than one dedicated to passion, to dreams, to the stubborness that defies chaos and disillusionment.

el diario nicaragüense

30.03 piątek. hiking wciąga. po el Hoyo zdobywamy Mombacho – wulkan wznoszący się nad Granadą. ponieważ przegapiamy autobus zdobywamy go pieszo od podnóży aż po szczyt. jest co robić. to zupełnie inny wulkan niż el Hoyo – im wyżej tym gęściej porośnięty lasem deszczowym. a w nim: małpy, storczyki, kolorowe motyle, liany i inne zachwycające polskie oko okazy. po całym dniu wspinania się i schodzenia w piekielnym upale o wodzie i krakersach docieramy do hostelu. poprzedniego dnia ugotowałyśmy duży obiad i zostawiłyśmy dużą porcję na dzień kolejny. wystarczy odgrzać i dorzucić puszkę tuńczyka. o niczym innym nie myślę przez ostatnią godzinę. nawet nie mamy siły, żeby się denerwować, kiedy okazuje się, że danie zniknęło z lodówki. jest nam tylko smutno, przykro. to jeden z tych momentów kiedy nie znoszę życia backpackera.


31.03 sobota. opuszczamy kolonialną Granadę. to ładne, klimatyczne i upalne miasto. długi deptak ciągnący się od Parque Central do jeziora nikaraguańskiego razi kontrastami: eleganckie stoliki, parasole, biura podróży i kawiarenki a na krawężnikach śpiące brudne wygłodzone dzieci. spędzamy jak zwykle pełne wrażeń 2h w chicken busach, (które swoją drogą w Nikaragui są o połowe mniej tłoczne i wolniejsze niż w Gwatemali) i docieramy do San Jorge. łapiemy prom na wyspę Ometepe. jezioro nikaraguańskie to największe jezioro w Ameryce Środkowej, wydaje się być raczej morzem albo oceanem. podobne wrażenie musiały odnieść rekiny słodkowodne, które upodobały sobie ten akwen. wyspa Ometepe jest największą z około 300 wysp na jeziorze. wznoszą się na niej dwa wulkany zwane też piersiami Nikaragui. jeden z nich to nasz cel. jako bazę wybieramy najtańsze miejsce, z którego mamy do niego łatwy dostęp. nocleg w dormitorio czyli wieloosobowej sypialni kosztuje tu 3,5$. ale tym razem nie mam siły na dormitorio. to duży pokój w domu, który przypomina stodołę, a w nim około 10 pryczy. inwestuję w mój sen 6$ za noc i dostaję własny pokój w tej samej stodole, z wentylatorem i moskitierą. czuję się jak królowa. ale tylko do czasu kiedy wracam do niego po kolacji i słyszę odgłos ucieczki. dwie wygryzione w moim plecaku dziury natychmiast przypominają, że miałam paczkę krakersów na czarną godzinę i znalezione przy drodze mango. znowu myślę, że miło będzie znaleźć się w domu.

1.04 niedziela. wulkan Maderas nie jest łatwy do zdobycia przede wszystkim ze względu na piekielny upał. podejście zajmuje nam jakieś 4h. im wyżej tym większe błoto i trudniejsze warunki, ale to już czwarty wulkan, który zdobywamy w przeciągu pięciu dni – jesteśmy w formie. drogę urozmaicają małpy, żółw, węże i przedziwne owady. na szczycie odpoczywamy nad jeziorem w kraterze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

4.04 środa. Ometepe to cudowna wyspa. dlatego zostajemy tu 4 dni. pochłaniamy dobrą energię tego miejsca, odpoczywamy, jeździmy konno, pływamy w jeziorze, bujamy się w hamakach, integrujemy z pozostałymi mieszkańcami wesołej stodoły. wszyscy odradzają nam ten krok, ale jednak ostatecznie opuszczamy wyspę i kierujemy się nad ocean do San Juan del Sur. zwykle to senna surfersko-rybacka wioska, ale na czas Semana Santa czyli tygodnia wielkanocnego zmienia się w nikaraguańskie centrum rozrywki. to, co zobaczyłyśmy przerosło najśmielsze oczekiwania. w Nikaragui obchody Wielkanocy trwają przez cały tydzień. ludzie zjeżdżają tu z całego kraju, przede wszystkim młodzi, ale widać też całe familie biwakujące na ulicach. deptak wzdłuż plaży to jedna wielka dyskoteka. co 10 metrów wielki głośnik, z którego od rana do rana dudni muzyka. w Ameryce Środkowej obowiązuje obecnie około 5 hitów lata i trudno usłyszeć cokolwiek poza nimi. nawet kiedy udaje się na chwilę być poza ich zasięgiem to i tak bezlitośnie chodzą po głowie. ludzie śpią na ulicach na ręcznikach, albo i bez, pijani, wszystko im jedno. hostessy w bikini z wielkimi silikonowymi piersiami, świecidełka, piwo Toña, rum Flor de Caña, kokaina i żel na włosach. Wielkanoc jak się patrzy.

uciekamy z tego piekła na całe dnie i spędzamy je na oddalonej o kilka kilometrów plaży. tu na szczęście prawie pusto, a muzyka nie tak głośna. i mamy to czego najbardziej chcemy – ocean i cudowne fale. długie, łagodne, mnóstwo z nimi zabawy. surfujemy ile sił przez trzy dni.

8.04 niedziela. opuszczam San Juan del Sur i dziewczyny. po prawie 4 tygodniach wspólnych wojaży to trudna chwila. powrót do domu zaczyna się długą podróżą do Gwatemali.

El Hoyo

chickenbusową traumę wynagrodziłyśmy sobie jednodniowym pobytem na nikaraguańskiej plaży. następnie postanawiamy odpokutować powiedzmy sobie szczerze – hulaszczy tryb życia, który zafundowałyśmy sobie w Salwadorze. hiking z Quetzal Trekkers.

Quetzal Trekkers to organizacja działająca prężnie w Gwatemali i Nikaragui. organizują piesze wycieczki w dzikie zakątki tych krajów. wszyscy pracownicy organizacji to wolontariusze, a dochód przeznaczany jest na pomoc lokalnym dzieciom. w przypadku oddziału w Leon, są to dzieci ulicy uzależnione od wdychania kleju.

wyprawa zaczyna się od części, w której bierze udział duża grupa. dojeżdżamy pod jeden z najmłodszych aktywnych wulkanów Ameryki Srodkowej, wspinamy się i dla większości następuje gwóźdź programu: zjazd z wulkanu na deskach w pozycji siedzącej. Julia i ja oszczędzamy kilka dolarów i dokonujemy zbiegu z góry, który wydał nam się dużo bardziej zabawny niż pseudo-sanki po żwiro-magmie.

szybka przekąska i ruszamy na właściwą wyprawę w 7-osobowym składzie. tym razem już z tobołem. mój plecak waży około 20 kg, z czego większość stanowi woda. pierwszy odcinek to niesamowity wysiłek. strome podejście w piekielnym upale. i tak przez 1,5 h. nie wiem czy dam radę, żałuję przebalowanych nocy. nie poddaję się, tylko trochę ociągam. po „lunchu” w cieniu udaje mi się spokojniej oddychać. dalsza trasa jest już mniej hardkorowa. zbieramy chrust na nocne ognisko – kolejne kilogramy. jeszcze tylko godzina marszu, litry potu i docieramy do naszego obozowiska w kraterze. ładnie tu. rozbijamy namioty, delektujemy się chłodnym wiatrem i widokiem i ruszamy na szczyt wulkanu. El Hoyo jest jednym z licznych wulkanów wyrastających w pionowej linii z równin nikaraguańskich. widać stąd ocean i jeziora. w jednym z nich zażyjemy jutro kąpieli. przydałoby się już teraz, prawie nie widać nas spod warstwy kurzu i pyłów wulkanicznych. ale dzięki temu jeszcze większa przyjemność z podziwiania cudu zachodu słońca na szczycie wulkanu.

 

 

 

 

 

 

w obozie rozpalamy ognisko i spożywamy makaron z sosem pomidorowym i tuńczykiem: w tych okolicznościach to danie smakuje lepiej niż kiedykolwiek. i deser – klasyczne danie amerykańskiej kuchni – mashmallows czyli za słodkie i za sztuczne pianki smażone na kiju niczym kiełbaski. fuj. nad nami tysiące gwiazd i uśmiechnięty księżyc. magicznie.

noc chłodna. wiatr hula po namiocie a ziemia twarda. zamiast spać myślę niepotrzebnie o tym jak to będzie kiedy wrócę do domu. o 5:45 budzi mnie potrząsanie namiotem. wschodzi słońce. jest pięknie i chłodno. znów rozpalamy ognisko, pijemy kawę i jemy niedobre acz pożywne śniadanie. zwijamy obozowisko i ruszamy. przed nami ciężkie godziny w coraz bardziej palącym słońcu, ale jest też marchewka – kąpiel w jeziorze. a właściwie w kraterze. plecaki ważą już znacznie mniej niż wczoraj i jest z górki, więc bez stękania docieramy na miejsce. i jest! piękne turkusowe jezioro pełne wody nie za ciepłej i nie za zimnej. trudno o lepszą nagrodę. spędzamy dwie godziny odpoczywając, chłodząc się, jedząc i patrząc na nasze obozowisko z dołu. maravilloso.

w drodze na autobus szybko udaje nam się odzyskać grubą warstwę kurzu. jak później ma się okazać pod prysznicem – brud w znacznej mierze wrósł w skórę i paznokcie. takie damy jak my nie robią z tego powodu dramatu. już za chwilę wsiądziemy do kolejnego chicken busa.

para Nicaragua por favor

od czego by tu zacząć. jestem w Nikaragui. to najważniejsze.

El Tunco faktycznie okazało się pułpaką. postanowiłyśmy podróżować dalej razem w trójkę: Norweżka, Amerykanka i ja. wyjazd był codziennie przekładany z różnych bardzo ważnych powodów. ostatecznie ostatecznym dniem wyjazdu był piątek. i chociaż mogłybyśmy już razem konie kraść to tylko pod warunkiem, że nie trzeba byłoby wcześnie wstawać. zamiast o 5 rano wyjechałyśmy o 14. tak czy inaczej nadal nie mogłam uwierzyć w fakt, że wyruszyłyśmy w drogę.

z Salwadoru do Nikaragui można dostać się jednym prawie luksusowym autobusem, ale ze względu na naszą dezorganizację nie udało nam się go złapać. w piątek dojechałyśmy do San Salwadoru, gdzie dowiedziałyśmy się, że nie ma już połączeń do miasta, do którego planowałyśmy się dostać. jest za to ostatni autobus do San Miguel. może być. w chicken busie otwieramy przewodnik Lonely Planet, żeby sprawdzić dokąd jedziemy. streszczając opis, który zobaczyłyśmy: OMIJAJ SZEROKIM ŁUKIEM. zwłaszcza po zmroku. robi się ciemno. jakoś to będzie. łapiemy taksówkę i kierujemy się do jedynego polecanego miejsca – hotelu de Don Julio. to nie pierwszy raz kiedy Lonely Planet mija się z prawdą. ale żeby aż tak? po określeniu ‚ultra-nowoczesny’ spodziewam się w Ameryce Srodkowej czego innego niż w Europie, ale to miejsce jest ultra- obskórne. kiedy już ostatecznie upewniamy się, że to na pewno tu – zostajemy.

na granicę salwadorkso-honduraską docieramy około 10 rano. gorąco jak w piekle. jemy jedyną dostępną przekąskę czyli ociekające tłuszczem grillowane mięso z tortillą. w 3 godziny przecinamy Honduras. niewygodnie, wiatr wpadający przez okno zamiast chłodzić parzy, a dla współpasażerów jesteśmy sensacją. widoki też nie za piękne. slumsy i pustynne krajobrazy. ostatecznie wpadam w pół-sen pół-omdlenie, z którego budzi mnie zatrzymanie się autobusu i widok tłumu ludzi, którzy w szale rzucają się na nasze bagaże umiejscowione na dachu. z trudem wysiadamy i lokalizujemy plecaki, które już czekają na zwycięskim wózku jednego z wojowniczych lokalesów. ulga, bo jednak nie chodziło o to, żeby rozkraść wszystko co jedyne gringas mają ze sobą. ale nadal niespokojnie. wszyscy chcą nam sprzedać nikaraguańskie Corodobas, przechwycić nas na swój wózek, sprzedać mango… w końcu ruszamy na tych rowero-wózkach, bo pomiędzy jednym przejściem a drugim jest podobno 3 km. przezornie pytamy cuanto cuesta. ‚aaa to tylko napiwek, według uznania’. zdobywamy pieczątki, płacimy złodziejską opłatę za bienvenidas a Nicaragua, i jedziemy w naszych karetach na terminal. po drodze miła konwersacja z panem dorożkarzem schodzi na inne tory, kiedy dowiadujemy się ile napiwku oczekuje. ostatecznie dochodzi do długiej dyskusji, zakończonej małą szarpaniną i próbą przechwycenia naszych pieniędzy. ale wychodzimy na swoje.

9 autobusów, 2 przejścia graniczne, najgorsze uliczne posiłki, wiadra potu i dużo śmiechu. dobrze być już w Leon.

te gusta El Salvador?

Ameryka Środkowa to niebezpieczne miejsce; przestępczość, strzelaniny, rabunki, gwałty, narkotyki. tak przynajmniej piszą. nie zamierzam twierdzić inaczej, dopóki moja noga nie postanie na europejskiej ziemi. nie zamierzam też sprawdzać co się stanie, kiedy wyjdę na nocny spacer po plaży, ani zapuszczać się w zakamarki żadnej z tutejszych stolic. ale we wszystkich krajach, które dotychczas tu odwiedziłam, a Salwador przoduje w tej kwestii, wyczuwam powszechną misję udowodnienia, że jest inaczej. ludzie z dumą opowiadają o swoim kraju i bardzo dbają o dobre samopoczucie odwiedzających.

El Tunco, chociaż mocno turystyczne, to też bardzo lokalne. surfing to na szczęście niedrogi sport, większość surferów jest stąd. nie zadzierają nosa, nie przeklinają, kiedy początkująca surferka przetnie im drogę na fali. podpowiadają, pomagają, prawią komplementy. w barach bardzo otwarta atmosfera i muzyka na żywo. wczoraj – szalony koncert; salwadorskie ska w barze na plaży, dzikie pogo, wszyscy salwadorczycy znają i głośno śpiewają słowa.

 

na ulicach uśmiechają się i witają serdecznie. zostałam okrzyknięta pierwszą Polką w El Tunco. bienvenida al Salvador! słyszę nieustannie. oraz pytanie: jak ci się podoba w Salwadorze?

bardzo.

El Tunco

ruszyłam w ostatnią już przed powrotem do domu podróż. odkąd wróciłam z Hondurasu minęły prawie trzy tygodnie. na początku wydawało mi się, że będzie mi trudno zmobilizować się do kolejnego pakowania, wyznaczania trasy, posadzenia się w busie, przeprawianie się przez granice, przesiedzenia morderczych upalnych godzin. ale nie. chyba czegoś się nauczyłam; spakowałam się błyskawicznie i obyło się bez upychania plecaka kolanem. wczoraj kupiłam bilet do Salvadoru, dzisiaj już tu jestem. to najbardziej spontaniczna z moich podróży. wiem mniej więcej gdzie chcę dotrzeć, ale jak, którędy, kiedy, na jak długo – to otwarte kwestie.

El Tunco to mała, urokliwa surferska miejscowość. jestem tu od kilku godzin, ale już wielokrotnie usłyszałam, że to takie miejsce, do którego ludzie przyjeżdżają na kilka dni, a zostają tygodniami, miesiącami, latami… o nieeeeeee czyżby kolejna cudowna pułapka mojej na drodze?

Chichi!

przyłapałam się w zeszłym tygodniu pierwszy raz na tym, że usiadłam spokojnie w naszym fair trade shopie w Chichicastenango, omiotłam całość wzrokiem i pomyślałam ‚wszystko dobrze’. oczywiście to trochę naciągane i ktoś, kto nie przeszedł w spółdzielni przez to, co ja, raczej stwierdziłby, że ta szklanka wody jest w połowie pusta. ale ja twierdzę, że zaszły duże zmiany na lepsze i jeśli tylko uda utrzymać się kurs to spółdzielnia zacznie prosperować.

sklep jest teraz dobrze zlokalizowany i cieszy oko. pokrzepia również widok gromadzących się w nim kobiet. sporo nowych twarzy, w tym zrekrutowane specjalistki od szydełkowania, które coraz lepiej radzą sobie z produkcją różnych stworów. zaskakująco dobrze radzi sobie też nasza nowa koordynatorka, która sprawnie pacyfikuje konflikty, trzyma towarzystwo w ryzach i doskonale nawiązuje kontakt z klientami. a co najważniejsze – sprzedajemy.

przyjemnie było też spotkać ‚moich chłopaków’ – Juana i Manuela. mimo, że życie nadal ich nie rozpieszcza na mój widok pięknie się rozpromienili. dzięki kolejnym donacjom zakończyliśmy dość długi i bolesny remont zębów i zakupiliśmy wór żywności i innych najpotrzebniejszych im rzeczy. bardzo lubię tych dwóch, a starszy – Juan to już mój dobry kolega.

poza tym w Chichi jak w Chichi. brudno, ale kolorowo. wśród zeszłotygodniowych top wydarzeń należy wymienić piękną ceremonię, w której miałam zaszczyt uczestniczyć oraz celebrację rocznicy moich urodzin. tort – niespodzianka od kobiet ze spółdzielni spowodował zapłon blond włosów. na szczęście szybko ugaszony.

moja wizytacja potrwa jeszcze kilka dni w kolejnym tygodniu. i zdaje się, że wreszcie nie drżąc o to, co zastanę po kolejnej podróży obiorę kierunek Nikaragua.

caminando

ostatnie dni na wyspie utwierdziły mnie w przekonaniu, że oczekiwanie na dzień, w którym zachce mi się ją opuścić może okazać się próżne. ostatnie dwa nurkowania – magiczne. pomiędzy nimi spotykamy delfiny. kapitan podrzuca nas do nich, wskakujemy do wody i snorklujemy. delfiny krążą wokół nas, wyskakują i trudno oprzeć się wrażeniu, że się śmieją. ostatnia wyprawa po wyspie: odnajdujemy w buszu wrak kolumbijskiego samolotu, (na którego zgliszczach znaleziono podobno zatrważające ilości kokainy). odwiedzamy jaskinie, do której trudno się przecisnąć, ale po kilkunastu minutach czołgania się po błocie (albo jak twierdzą niektórzy – odchodach nietoperzy) – nagroda: basen zimnej wody. ostatni zachód słońca, ostatnia salva vida, ostatnie śniadanie na werandzie i do widzenia Utilo, będę już zawsze za tobą tęsknić.

wracam niespiesznie do moich jeszcze nie zamkniętych spraw w Chichi. a w głowie coraz bardziej niepokojące: co dalej?

tres semanas en Utila

Utila to wyspa-pułapka. przypływa się tu na kilka dni i nagle okazuje się, że mijają tygodnie. promy uciekają, tym którzy próbują wyrwać się z jej szponów. niektórzy chcą zrobić kurs open-water diver, a kończą jako dive masterzy. codziennie świadkuję Słońca wschodom i zachodom, a jednak przysięgam, że czas biegnie tu jakoś szybciej. oto mijają 3 tygodnie odkąd dobiłam na wyspę. i nadal myśl o jej opuszczeniu jest brutalna.

po pierwsze nurkowanie. okoliczne rafy nie są podobno tak bogate w podwodne życie, jak inne. ale są malownicze. nurkujemy dość płytko pomiędzy rafami, aż dopływamy do ogromnych urwisk, przepięknych ścian, za którymi jest już tylko wielki błękit. powolne spadanie na 30 m w głąb i tylko oddech. labirynty, jaskinie, skały. a kiedy wydaje się, że już nic nie zaskoczy nagle pojawia się ogromny żółw, który przepływa sobie leniwie. albo wielkie eagle-ray, najczęściej w parach, majestatycznie jakby latające w podwodnej przestrzeni. malutki, śliczny i jakby nieśmiały konik morski. wielkie homary. trunk fish – ryba, która ma tak dziwne ubarwienie i kształt, że trudno uwierzyć w jej istnienie. długo by wymieniać. czuję się uzależniona od nurkowania.

wyspa należy do Hondurasu uważanego za najbardziej niebezpieczny kraj Ameryki Środkowej. ale tu jest państwo w państwie. turystyka sprawia, że Utila dobrze prosperuje. ludzie żyją na przyzwoitym poziomie. jednocześnie przemysł turystyczny nie jest na tyle duży, żeby odebrać wyspie dzikość i jej rybacko-karaibski klimat. ceny są wyższe w porównaniu z lądem, ale niskie w stosunku do okupowanej przez bogatych Amerykanów sąsiedniej wyspy Roatan. lokalesi mówią równie często po hiszpańsku co po angielsku. na ulicy, w sklepie trudno uniknąć radosnych konwersacji. są wyjątkowo temperamentni. każda sprzeczka to wrzaski i urągania, z których trudno nie podśmiechiwać się pod nosem. w upalne popołudnia lubują się w rozgrywkach domina na ulicach. chyba najbardziej bawi ich samo trzaskanie kostkami o stół. czuję się tu bezpiecznie i swojsko.

podróżując nie zdarza mi się czuć samotną. na każdym kroku poznaję ludzi. tyle, że wszyscy posługujemy się tym samym lodołamaczem – skąd jesteś, jak długo podróżujesz, gdzie byłeś… setki znajomości, które zaczynają i kończą się na tej konwersacji. można się zmęczyć. na Utili ludzie zostają. i trudno się z nimi rozstać.

a ponieważ jest połowa lutego i wiem, że polskiemu czytelnikowi może sprawić trudność przełknięcie relacji z tropików, dodam na osłodę, że wyspę zamieszkują też tarantule, dwa gatunki wężów i złośliwe, choć niezbyt liczne komary i tropikalne meszki (sandflies). a słońce pali nieznośnie.